2005-08-31

2005-08-30

Dzień 10

Wyjazd mieliśmy o 14:30, a doba hotelowa kończyłą się o 12, więc zostawiliśmy rzeczy w recepcji i wyruszylismy na ostatni spacer po Paryżu. Siedzielismy na lawce, patrzylismy na gołebie, a w głowie mielismy tylko tupot białych mew... Po drodze do domu zachaczylismy o ogrodek jakiejs knajpy. Alicja wzieła herbate, a ja kawe. Niestety kelner bardzo powoli nas obslugiwal i nagle zrobila sie 13:45. Jak juz dotarlismy do domu okazalo sie, ze recepcja jest zamknieta i nie ma nikogo w poblizu. Po biegagninie znalezlismy szefa, wzielismy bagaże i biegiem polecielismy do metra. Mielismy jeszcze przesiadke, a pierwsze metro jechalo baaaaaardzo powoli, bo chyba prąd siadał. Dotarlismy na plac de Concorde, ale musielismy go jeszcze przejsc, a jest wielki - tym wiekszy, ze mielismy bagaze, a czasu bylo coraz mniej. Do tego wszystkiego paliło słońce - bylo ponad 30*C. Bylismy na miejscu o 14:20, wiec niezle sie wyrobilismy, ale gdybysmy nie biegli i spoznili sie na metro to moglo by byc cienko...

Teraz jestesmy w Belgii. Zachodzi słońce. Przed nami jeszcze ok 16-17 godzin jazdy...

2005-08-29

Dzień 9

Nasz ostatni pelny dzien w Paryżu zaczelismy od wizyty w muzeum sztuki azjatyckiej. Widzielismy tam ze stu buddów, drugie tyle statuetek i rzeźb koni, bardzo, bardzo stare garnki i male figurki...

A ten pan tak sie złapal za glowe, ze az...
... ją sobie wyrwal.
A ten budda wyrwal sobie zgrabną azjatkę. Nieprzyzwoite!

Po obejrzeniu kilku pięter muzeumu z malym metlikiem w glowie dałem sie zaciagnac do miasta na tzw zakupy. Bylismy w jakims duzym sklepie z ciuchami... nie pamietam dokladnie, ale tam byly same baby i jakis taki nieogarniety chaos. Chyba gdzies miedzy wieszakami zostawilem swiadomosc. Kiedy ja na chwile odzyskalem postanowilem, ze wyjde i poczekam na Ale na zewnatrz. Pstryknalem wtedy kilka zdjec ulicy...




Alicja kupila sobie ladną imprezową koszulke z duzym dekoltem :).
Potem zahaczylismy o bazę i o 20 bylismy juz na Montmartrze. Po chwili bylismy juz w restauracji Refuge and Fondus. Od poczatku pobytu chcielismy tam pojsc, ale do 28go bylo zamkniete. Wlasnie w nasz ostatni dzien otwierali.
To dosyc nietypowa restauracja. Nie ma menu, bo serwuja tylko fondu i wino. Stoly sa ustawione jeden przy drugim w dwuch rzędach, wzdłuż knajpy. Osoby siadajace pod scianą musza przejsc po stole. Kiedy wchodzi kobieta z meżczyzna, podchodzi kelner wskazuje miejsce, odstawia krzeslo i podaje reke kobiecie, zeby jej pomoc przejsc nad stolem. Wino jest tam podawane w butelce ze smoczkiem (250ml).
Sciany sa zapelnione podpisami gosci z calego swiata.
Dzieki temu, ze stoly tak blisko siebie, a kolejni goscie sadzani kolejno obok siebie, towarzystwo szybko sie integruje.
Kelner zagadywal jakis ludzi. Pytal sie ich skad sa. Usłyszeliśmy "Poland" i sie do nich odezwalismy.. Okazalo sie, że chodzilo o "Holand". Ale zaraz odezwal sie do nas facet siedzacy po mojej lewicy. Okazalo sie, ze jest z Ukrainy, ale mowi tez po Polsku, bo kiedyś handlowal duzo w Krakowie. Od paru lat siedzi juz w Paryzu i swietnie mowi tez po Francusku. Siedziala z nim francuzka. Moglem sie z nia dogadac po Angielsku, bo nie mowie po francusku. Niestety ten facet-Igor-nie mowił po Angielsku, wiec na raz moglismy rozmawiac tylko trójkami, ale i tak sie dobrze rozmawialo.
Kilka butelek wina pozniej postanowilismy pojsc wypic jeszcze troche wina gdzies indziej.

Za Igorem i Bebe ruszylismy przez jakies podejrzane dzielnice do mieszkania, w ktorym Bebe miala pokoj. Juz nie pamietam o czym rozmawialismy... Nikt raczej nie pamieta. Bebe poscila jakas, jak twierdzila, polską muzykę, ale nie rozumialem z tego ani slowa, bo to bylo chyba po góralsku. Kiedy wszyscy bylismy juz pelni wina Igor z Bebe odprowadzili nas az na Plac de Clichy skad juz sami trafilismy do domu.

Zasnelismy bardzo szybko.

2005-08-28

Dzień 8

Rano czyli około 14 pojechalismy na cmentarz Pere Lachaise. Pan, który sprzedał nam plan cmentarza, powiedział po polsku "dziękuję", a pod koniec nawet "do wiedzenia" :).
Słyszalem, ze ten cmentarz jest wielki, ale on jest ogromny! Czasem nawet z planem trudno trafic gdzie sie chce, bo uliczki sa bardzo podobne, a groby gęsto upakowane.
Bylismy miedzy innymi u Morrisona, Chopina, Edith i u rodziny Fournierów - kimkolwiek byli. Błądzac miedzy grobami robilismy tez za okoliczna informacje i mowilismy ludziom jak trafic do Morrisona i Chopina.









Gdy mielismy juz dosc, przejechalismy metrem caly Paryż, az do dzielnicy przyszlosci - La Defence. Wszystko tam takie szklane i nowoczesne.. Maja tam szklany łuk Triumfalny z widokiem na ten prawdziwy.
Bylo bardzo ciepło - ok 30*C. Przez to, ze wszystko tam jest takie szklane czasem rzucalismy nie jeden a dwa cienie.










Wszystko fulkolor, ale zachcialo nam sie jesc. Byla niedziela, a w okolicy nic poza Quickiem nie bylo otwarte. Przekonalismy się, że daja tam gorsze jedzenie niz w Macu - tak to jest mozliwe! Moze i w Macu wcale nie jest zdrowiej, ale przynajmniej hamburgery mają tam jakis smak.
Pozwiedzalismy jeszcze chwile i wyruszlismy do dzielnicy łacinskiej, bo wiedzielismy gdzie znajdziemy tam otwarty sklep. Postanowilismy zaszalec i kupilismy wino za ponad 12€. W domu, po otwarciu wina okazalo sie, ze jest zepsute. Przypomnielismy sobie, ze przeciez zupelnie obok nas jest sklep u Husajna, ktory zawsze jest otwarty. Kupilismy tam kolejne wino - bylo bardzo dobre :). (U Husajna - to taki maly sklepik, ktory jest codziennie i do pozna otwarty, a wlasciciel bardzo przypomina Husajna - niestety jest tam stosunkowo drogo)

2005-08-27

Dzień 7

Wstalismy bardzo, bardzo, bardzo pozno. Zostalo nam juz niewiele dnia. Alicja zabrała mnie Do parku de La Villette. Bylismy w muzeum nauki i techniki. Dobrych kilka lat temu bylem w muzeum nauki i techniki w wawie i pisze o tym tylko dlatego, zeby powiedziec, ze nawet nie ma porownania. Wszystkiego tu mozna bylo dotykac, bawic sie. Prawie kazdy eksponat byl interaktywny. Duzo zabawy. Niektore wystawy juz troche przestarzale - szczegolnie te dotyczace komputerow, ale i tak byly ciekawe! W muzeum bawili sie wszyscy od dzieci po dziadki. Jedyne co mi sie nie podobalo to, ze nie wszystko bylo opisane po angielsku i nie bylo wiadomo o co chodzi.. Ale ok - w koncu to Francja :).
Na poczatku przywitala nas wystawa poswiecona francuskiej motoryzacji... Chce miec taki:
!!!
A to juz czesc poswiecona... czerwonemu swiatlu? nie pamietam - malo robilem zdjec, bo ciagle bylo czym zajac rece!
Te szczury mialy od Aidsa przez Alzheimera po jakies mutacje genetyczne...
A to Ala robiaca usg:

A to wielka dwumetrowa banka mydlana:

Obok muzeum stala taka lustrzana kula:
... w srodku kuli jest kino.. Podobno niezle. Chcielismy pojsc na jakis film, ale zawsze jest duzo chetnych i trzeba robic rezerwacje... az tak bardzo nie chcilismy na film... Zjedlismy po hotdogu i poszlismy zwiedzic park..
Uwielbiam te ich parki. Wszystko jest dla ludzi - instalacje, drozki, ogromne trawniki - tylko po to, zeby mozna tam bylo odpoczywac. Proste.

Teraz siedzimy przy knajpie na Montmartrze i saczymy butelke białego Bordeaux. Wina zostało jeszcze na jedno rozdanie. Potem idziemy jesc.

Zjedlismy nalesniki, kanapke, czisa i wypilismy kole. Przeszlismy sie bulwarem Blanche i w koncu trafilismy do knajp z widokiem na plac de Clichy, ale przedewszyskim na roboty drogowe, bo wszedzie w kolo remontowali ulice. Pan, ktory otwieral wino dwa razy sie zaciąl w palec, ktory i tak juz caly mial pociety. Do Ali usmiechal sie pewien, przechodzacy obok knajpy, pan, który się potknął i było mu głupio. Kiedy wypilismy wino mielismu juz tylko kawalek do domu. W pokoju obok bylo tak fajnie, ze na korytarz wyszla sasiadka i zaczela krzyczeć, że tu hołota jakaś mieszka.

2005-08-26

Dzień 6

Spaliśmy dosyć długo. Pojechaliśmy do Centrum Pompidou. Alicja była bardzo zawiedziona, ze wiekszosc zeszlorocznych instalacji byla nie czynna z powodu remontu i reorganizacji. Dla mnie bylo genialnie. Widzieliśmy na przyklad takiego wielkiego gluta:
...I duzo innych rzeczy.
Chce miec takie radio:



Po wyjsciu z centrum skoczylismy na naleśnika. Idąc do metra zatrzymalismy sie przy fontannie, bo slonce ładnie świeciło.
Po Centrum Pompidou pojechaliśmy do Palais de Tokyo.. I znowu bylo doskonale - wszystko bez wyjatku mi sie podobało...

W innym miejscu stal tv gdzie lecial film z tym chlopkiem opowiadajacy o tym jak poszedl do szkoly i dzieci sie troche z niego nabijały... Dalej stały dwie rzeźby - pana i pani. To jest pan:
Moze na zdjeciu tego dobrze nie widac, ale on robi złotą kupę. Na przeciwko niego była pani która też robiła kupę... To było takie o czlowieku.

Poszlismy do metra. Musielismy sie gdzies tam przesiasc. Niestety pan w metrze powiedzial, ze jest awaria i trzeba dlugo czekac az naprawia. Postanowilismy pojsc na inna linie. Mielismy przy okazji maly spacer.

W koncu dotarlismy do domu. Zjedlismy kolacje. Kupilismy wino i ruszylismy pod wieżę Eiffela. Usiedlismy na trawniku i obejrzelismy pokaz lampek choinkowych. Co 5min ktos nam krzyczal do ucha: "blink-blink! hot prize!". Po lewej 3 gosci cwiczylo jakies brejkdensy. Wszyscy swietnie skakali - Jeden byl wyraznie najlepszy.. Naprawde byli niezli! Po prawej czterech nastoletnich kanadyjczykow podrywajacych trzy skandynawki. Bardzo wrzeszczeli - w koncu umowili sie na jakies palenie trawy i sobie poszli. Gdy wino sie skonczylo zrobilismy spacer przez most, Trocadero, a nastepnie Champs-Elysees by night - najdrozsze kluby w Europie... hm.. moze innym razem ;). Wycieczke zakonczylismy Łukiem Triumfalnym - niestety juz zamknietym. Wskoczylismy do metra i wrocilismy do domu.