2005-08-30

Dzień 10

Wyjazd mieliśmy o 14:30, a doba hotelowa kończyłą się o 12, więc zostawiliśmy rzeczy w recepcji i wyruszylismy na ostatni spacer po Paryżu. Siedzielismy na lawce, patrzylismy na gołebie, a w głowie mielismy tylko tupot białych mew... Po drodze do domu zachaczylismy o ogrodek jakiejs knajpy. Alicja wzieła herbate, a ja kawe. Niestety kelner bardzo powoli nas obslugiwal i nagle zrobila sie 13:45. Jak juz dotarlismy do domu okazalo sie, ze recepcja jest zamknieta i nie ma nikogo w poblizu. Po biegagninie znalezlismy szefa, wzielismy bagaże i biegiem polecielismy do metra. Mielismy jeszcze przesiadke, a pierwsze metro jechalo baaaaaardzo powoli, bo chyba prąd siadał. Dotarlismy na plac de Concorde, ale musielismy go jeszcze przejsc, a jest wielki - tym wiekszy, ze mielismy bagaze, a czasu bylo coraz mniej. Do tego wszystkiego paliło słońce - bylo ponad 30*C. Bylismy na miejscu o 14:20, wiec niezle sie wyrobilismy, ale gdybysmy nie biegli i spoznili sie na metro to moglo by byc cienko...

Teraz jestesmy w Belgii. Zachodzi słońce. Przed nami jeszcze ok 16-17 godzin jazdy...