2005-08-27

Dzień 7

Wstalismy bardzo, bardzo, bardzo pozno. Zostalo nam juz niewiele dnia. Alicja zabrała mnie Do parku de La Villette. Bylismy w muzeum nauki i techniki. Dobrych kilka lat temu bylem w muzeum nauki i techniki w wawie i pisze o tym tylko dlatego, zeby powiedziec, ze nawet nie ma porownania. Wszystkiego tu mozna bylo dotykac, bawic sie. Prawie kazdy eksponat byl interaktywny. Duzo zabawy. Niektore wystawy juz troche przestarzale - szczegolnie te dotyczace komputerow, ale i tak byly ciekawe! W muzeum bawili sie wszyscy od dzieci po dziadki. Jedyne co mi sie nie podobalo to, ze nie wszystko bylo opisane po angielsku i nie bylo wiadomo o co chodzi.. Ale ok - w koncu to Francja :).
Na poczatku przywitala nas wystawa poswiecona francuskiej motoryzacji... Chce miec taki:
!!!
A to juz czesc poswiecona... czerwonemu swiatlu? nie pamietam - malo robilem zdjec, bo ciagle bylo czym zajac rece!
Te szczury mialy od Aidsa przez Alzheimera po jakies mutacje genetyczne...
A to Ala robiaca usg:

A to wielka dwumetrowa banka mydlana:

Obok muzeum stala taka lustrzana kula:
... w srodku kuli jest kino.. Podobno niezle. Chcielismy pojsc na jakis film, ale zawsze jest duzo chetnych i trzeba robic rezerwacje... az tak bardzo nie chcilismy na film... Zjedlismy po hotdogu i poszlismy zwiedzic park..
Uwielbiam te ich parki. Wszystko jest dla ludzi - instalacje, drozki, ogromne trawniki - tylko po to, zeby mozna tam bylo odpoczywac. Proste.

Teraz siedzimy przy knajpie na Montmartrze i saczymy butelke białego Bordeaux. Wina zostało jeszcze na jedno rozdanie. Potem idziemy jesc.

Zjedlismy nalesniki, kanapke, czisa i wypilismy kole. Przeszlismy sie bulwarem Blanche i w koncu trafilismy do knajp z widokiem na plac de Clichy, ale przedewszyskim na roboty drogowe, bo wszedzie w kolo remontowali ulice. Pan, ktory otwieral wino dwa razy sie zaciąl w palec, ktory i tak juz caly mial pociety. Do Ali usmiechal sie pewien, przechodzacy obok knajpy, pan, który się potknął i było mu głupio. Kiedy wypilismy wino mielismu juz tylko kawalek do domu. W pokoju obok bylo tak fajnie, ze na korytarz wyszla sasiadka i zaczela krzyczeć, że tu hołota jakaś mieszka.